niedziela, 8 marca 2015

Rozdział 2: "Inspiracja"

Na zegarach w Londynie pojawiła się godzina dziesiąta, gdy długowłosa brunetka otworzyła swoje bladoniebieskie oczy. Ospale przeciągnęła się, po czym leniwie wstała z łóżka i wyszła z sypialni.
W mieszkaniu było cicho i bardzo jasno. Lena powoli przedostała się do kuchni. Na stole leżała biała kartka zapełniona zdaniami w języku angielskim. Dziewczyna wzięła ją do rąk i zaczęła czytać ładnie wykaligrafowane litery.

Jestem w szkole.
Zostawiłam śniadanie, częstuj się.
Jeśli będziesz chciała wyjść, weź klucze i zamknij dom.
O mnie się nie martw - mam drugą parę.
                                                   Mia

Dla Leny było to co najmniej dziwne. Spotkały się przez przypadek. W ogóle się nie znały, a Brytyjka bez wahania zaprosiła ją do siebie. Na dodatek, rano zostawiła ją samą w domu, z kluczami i całym dobytkiem. Mia miała szczęście, że Lena nie interesowała się kradzieżami. Jedyne co chodziło jej po głowie, to zaginiona torebka. Chciała jak najszybciej dostać się do biura rzeczy znalezionych, lecz nie uczyniłaby tego z pustym żołądkiem. Gdy tylko zobaczyła przepysznie wyglądające kanapki, dwa banany i bursztynowy płyn, który prawdopodobnie był sokiem jabłkowym, zasiadła do stołu i zaczęła pochłaniać posiłek.
Jednym z nawyków Leny było szkicowanie w rysowniku podczas jedzenia. Nieważne czy robiła to w czasie śniadania, obiadu czy kolacji, zawsze miała przy sobie notes i ołówek, by móc coś nabazgrać. Na początku podchodziła do tego "z głową", otwierała zeszyt i rysowała dokładnie przemyślaną postać lub przedmiot, jednak od dłuższego czasu robiła to nieświadomie. Nawet nie wiedziała kiedy pochwyciła jedną z kartek zostawionych przez Mię i zaczęła szkicować dopracowane kontury. Musiała zadowolić się skrawkiem papieru, gdyż jej szkicownik aktualnie przebywał w zaginionej torebce.
Muskała powierzchnię kartki czubkiem ołówka. Jej ręka wykonywała płynne, delikatne, lecz zdecydowane ruchy. Rysik tańczył tak, jak mu zagrała, a papier pokrywał się nowymi kształtami. Kreski, łuki, jedne krzywe, inne proste, spontaniczne, lecz zgrabne. Wszystkie tworzyły idealną całość.
Lena zacieniowała ostatni punkt i położyła ołówek na blacie stołu. Wstała, by posprzątać po śniadaniu.
Poszła do łazienki i po odświeżeniu się, wróciła do pokoju, w którym spała. Ubrała się dosyć lekko, gdyż na zewnątrz było ciepło i słonecznie. 
W przedpokoju założyła własnoręcznie pomalowane tenisówki. Tak, jak napisała Mia, zabrała klucze i wyszła zamykając za sobą drzwi.

***

Mia wracała do mieszkania. Była wynudzona słuchaniem czterogodzinnego wykładu o ochronie środowiska. Według niej to niedorzeczne, że szanowany pan profesor z Irlandii, który uczy licealistów jak dbać o roślinki, jeździ do szkoły samochodem. Postanowiła, więc ostatnie trzydzieści minut wykładu przeznaczyć na pieszy powrót do domu, by odkupić grzechy swojego nauczyciela.
Osiemnastolatka cieszyła się na myśl o wolnym popołudniu. We wtorki nie pracowała w Starbucksie. Zdecydowała się jednak wpaść do lokalu, by kupić pyszną, gorącą kawę. Gdyby tego nie zrobiła, prawdopodobnie zasnęłaby na chodniku.
Przy kasie poprosiła kolegę z pracy o swój ulubiony napój i już po chwili, siedząc przy jednym ze stolików, cieszyła się potężną dawką kofeiny.
W myślach pojawił jej się obraz zmartwionej brunetki o wyblakłych, jasnoniebieskich oczach. Postać, podpierając się jedną ręką, spoglądała na kapiący za oknem deszcz. Wyraźnie coś ją dręczyło.
Właśnie ten widok skłonił Mię do interwencji. Dziewczyna nie miała w planach zapraszania nieznajomej do siebie, to wyszło w trakcie rozmowy. Brytyjka miała skłonność do spontanicznych decyzji, działania pod wpływem chwili. Była znakomitym przykładem osoby, która pierwsze robiła, a potem myślała. Dziwne było to, że zwykle wychodziło jej to na dobre. Wciąż pamiętała dzień imprezy urodzinowej swojej koleżanki z podstawówki. Mia miała już kupiony prezent, lecz w ostatniej chwili zmieniła zdanie i nie poszła. Siedziała przez cały dzień w domu, podczas, gdy jej rówieśnicy bawili się na specjalnie zarezerwowanym basenie. Na drugi dzień okazało się, że wszyscy uczestnicy urodzin złapali grzybicę. Mia, jako, że przez własną spontaniczną decyzję została w domu, ominęła bezpiecznie chorobę.
Blondynce często towarzyszyło uczucie, które przekonywało ją do słuszności własnych wyborów. Zawsze była świadoma swoich czynów, lecz pewność, którą wzbudzał w niej spontaniczny charakter, nie dawała jej możliwości rozsądnych przemyśleń. Dopiero, gdy mijało trochę czasu, widziała wszystkie plusy i minusy danej sytuacji.
Uczucie przeważnie narastało łagodnie, podczas rozmowy. Tak właśnie zaprosiła Lenę do swojego mieszkania. Podczas słuchania opowieści dziewczyny poczuła, że musi coś zrobić. Przypływ emocji spowodował, że zabrała do swojego gniazdka zupełnie obcą jej osobę, a potem rano musiała liczyć się z konsekwencjami. Nie mogła zostać w domu, musiała iść do liceum...
Spontaniczność Mii wcale nie oznaczała jej głupoty. Nikt nigdy nie nazwał jej głupią. Dziewczyna była mądra, zwykle myślała racjonalnie, czasami tylko robiła rzeczy, których nie powinna lub, których nikt, by się nie spodziewał... Na tym to wszystko polegało.
Ludzie, którzy znali Mię, mówili, że jest po prostu zakręcona, a różowy kolor na końcówkach jej włosów potwierdzał ich opinię.
- Hej - za plecami blondynki odezwał się głos młodego mężczyzny.
Osiemnastolatka znała tę barwę tak dobrze, że nie musiała się odwracać, by stwierdzić obecność swojego kuzyna.
- Cześć Philip.
Naprzeciwko Brytyjki usiadł wysoki, brązowooki chłopak o włosach koloru głębokiej czerni. Ubrany był w luźny, ciemnoszary top z nadrukiem, czarne, dopasowane spodnie z dziurami na kolanach i tego samego koloru tenisówki. Zwykle zaczesaną do tyłu czuprynę, tym razem przykrywała bordowo-szara czapka z prostym daszkiem, a lewe ucho ozdabiał metalowy kolczyk. Specjalny krój koszulki sprawiał, że Mia bez problemu widziała liczne tatuaże Philipa na piersi i prawej ręce.
Chłopak uśmiechnął się do kuzynki i zapytał:
- Co tam?
- Jakoś leci - odparła Mia, spoglądając w brązowe tęczówki dwudziestotrzylatka.
- Wow, bardzo dużo się u ciebie działo przez ostatnie dwa miesiące - podsumował wypowiedź dziewczyny z udawanym zaskoczeniem.
- Oj, daj spokój, dobrze wiesz jak to jest. Codziennie szkoła, potem praca, szkoła, praca, szkoła, praca... Można zwariować - powiedziała Mia.
- Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Philip uśmiechnął się lekko i wziął łyk swojej kawy.
- Naprawdę ostatni raz widzieliśmy się dwa miesiące temu? - spytała blondynka z delikatną nutą zdziwienia w głosie.
- Tak - ciemnowłosy kiwnął głową - W dniu wyjazdu Liz.
- No tak.
W głowie Mii wciąż krążyły słowa wypowiedziane przez starszą siostrę na lotnisku... Dasz sobie radę, na pewno.
- Kazała mi cię pilnować, więc jeśli się dowie, że dopiero teraz się z tobą spotkałem, zabije mnie - powiedział Philip ściszonym głosem.
Blondynka uśmiechnęła się, pokazując białe zęby.
- Ale ty mnie nie wydasz, prawda? - spytał, by upewnić się, że kuzynka jest po jego stronie.
- Już jesteś martwy - zaśmiała się Mia.
- Dzięki - powiedział Philip z rozczarowaniem.
- No weź, po co miałabym jej mówić? U mnie wszystko ok, a ona ani razu o ciebie nie pytała. Jesteś bezpieczny - uśmiechnęła się - Lepiej powiedz co tam u was?
- U nas? W porządku. Ostatnio przyozdobiliśmy kilka ponurych miejsc we wschodnim Londynie. Izzy załatwiła nowe farby, wyszło świetnie - chłopak wziął łyk napoju, spoglądając na kolorowe plakaty wiszące w Starbucksie, po chwili dodał - Wiesz Mia? Czegoś mi brakuje... Zwykłe napisy na ścianach supermarketów czy kamienic przestały mi wystarczać. To nic nie zmienia. Nie ważne czy namalujemy im piękny widok zachodu słońca, czy napiszemy "Dzień dobry" w 3D naprzeciwko ich okna. Oni i tak uznają to za chuligaństwo. Muszę zrobić coś więcej. Chcę, aby nasze prace były powodem uśmiechu na ich twarzach, a nie grymasu niezadowolenia. Potrzebuję inspiracji, Mia - popatrzył na dziewczynę, w jego oczach był upór, zawziętość młodego artysty - Potrzebuję natchnienia do zrobienia rewolucji. Sprawię... Nie, moja ekipa sprawi, że zwykli ludzie będą podziwiać nasze prace, będą zachwyceni graffiti i jego przekazem. Potrzebuję jedynie jakiejś iskry, która pomogłaby mi stworzyć coś nowego, coś czego jeszcze nikt nie widział! - dokończył z takim zaangażowaniem, że jego energia zalała nawet Mię.
- Inspiracja, tak? - blondynka uniosła lekko brew.
- Dokładnie.
- Cóż, nie pozostaje ci nic innego jak szukać - stwierdziła Mia, wzruszając ramionami.
- Ależ ty jesteś pomocna - mruknął Philip z rezygnacją.
Chłopak prawdopodobnie spodziewał się jakiejś rady. Doskonale znał Mię i jej spontaniczność. Miał nadzieję, że wpadnie jej coś do głowy, niestety oczekiwał zbyt wiele.
- Przepraszam, ale staram się teraz myśleć racjonalnie. Zaczęłam się pilnować, bo wczoraj... Zrobiłam coś nieodpowiedzialnego - wyjaśniła Mia.
- Bez urazy, ale niezbyt mnie to zaskoczyło - powiedział - Co tym razem wykombinowałaś?
Dziewczyna spojrzała na kuzyna i po chwili powoli wytłumaczyła ciemnowłosemu swoją sytuację.
Gdy skończyła grafficiarz popatrzył na nią z rozbawieniem, obdarzył znanym jej uśmiechem i powiedział:
- Jesteś niesamowita. A myślałem, że ludzie robią takie rzeczy tylko po pijaku.
- To nie jest śmieszne, Philip! - rzuciła urażona.
- Nie, nie... Oczywiście, że nie - próbował powstrzymać się od uśmiechu, lecz nie mógł, jego usta mimowolnie zmieniły się w szeroki łuk.
- Philip!
- Ok, już przestaję. To, że pomogłaś tej Lenie, to wspaniały gest z twojej strony, ale wydaje mi się, że nie powinnaś dziś wychodzić z mieszkania. Nie znasz jej, nie możesz jej ufać.
- Wiem, ale musiałam iść do liceum. Rodzice, by mnie zabili, gdybym opuściła kolejny dzień w tym miesiącu. Mówią ciągle "nie po to płacimy tyle pieniędzy, żebyś sobie wagarowała" - próbowała naśladować głos matki - Co mnie skłoniło do wybrania prywatnego liceum? - westchnęła.
Brązowooki roześmiał się.
- Nie obwiniaj szkoły. Riot High School wyjdzie ci na dobre, zobaczysz. A jeśli chodzi o twojego gościa, sądzę, że powinnaś wracać do domu.
- Wiem - odrzekła.
Wzięła ostatni łyk kawy, wstała, po czym wrzuciła pusty kubek do pobliskiego kosza. Ubrała swoją torebkę i zwróciła się do chłopaka:
- Zmykam.
- Zadzwoń kiedy się przekonasz, że nie zostałaś okradziona - powiedział Philip z uśmiechem.
- Oczywiście.
Kuzyni pożegnali się i Mia opuściła lokal.

***

Blondynka po ściągnięciu kurtki i butów dokładnie rozejrzała się po wszystkich pomieszczeniach w mieszkaniu. Wyglądały normalnie, w żadnym nic nie brakowało. Niestety nigdzie nie widziała Leny. Z lekkim niepokojem głośno zapytała:
- Lena?
- Tutaj! - odezwał się głos z tarasu.
Mia odetchnęła z ulgą i ruszyła w kierunku otwartych drzwi.
Gdy weszła zobaczyła dziewczynę siedzącą przy stoliku. Postać pochylała się nad szeroko otwartą gazetą. Co jakiś czas przesuwała palcem po dotykowej komórce, a wiatr rozwiewał jej brązowe kosmyki, które zawzięcie poprawiała.
- Cześć - powiedziała Lena.
- Hej.
Mia usiadła naprzeciwko osiemnastolatki.
- Widzę, że wyprawa do biura rzeczy znalezionych zakończyła się sukcesem - wywnioskowała Brytyjka, patrząc na komórkę leżącą na stole.
- Tak, na szczęście - potwierdziła Lena z ulgą - Nie wiem co bym zrobiła bez mojej torebki... - zamyśliła się - Tak czy siak, chciałabym ci podziękować. Nawet nie wiesz jak bardzo mi pomogłaś. Bez twojej interwencji prawdopodobnie leżałabym teraz gdzieś pod jednym z tych dużych mostów - uśmiechnęła się.
- Czyli pływałabyś w Tamizie - sprostowała Mia.
- No właśnie - przytaknęła Polka - Obiecuję, że nie będę ci zawracać głowy i jeszcze dziś się stąd wyprowadzę - poprawiła włosy - Pomyślałam też, że powinnam ci się jakoś odwdzięczyć, dlatego kupiłam jedzenie na mieście. Jeśli jesteś głodna, w kuchni jest twoja porcja.
Mia była mile zaskoczona. Lena nie okazała się oszustką i robiła wszystko, by tylko podziękować jej za pomoc.
- Oh, dziękuję - blondynka uśmiechnęła się.
- Wiem jak to jest być wykończonym i głodnym po szkole. Idź i się poczęstuj.
Mia, ze względu na burczący żołądek, bez wahania wstała i ruszyła do kuchni. Minęła zaledwie minuta, gdy wróciła na taras z białą kartką w ręce i zaskoczeniem na twarzy.
- Ty to narysowałaś? - spytała, pokazując Lenie zapełnioną stronę papieru.
Trzymała szkic na wysokości swojej twarzy. Podobieństwo było uderzające. Dziewczyna, narysowana na kartce wyglądała dokładnie jak Mia. Te same oczy o zdecydowanym spojrzeniu, ten sam zgrabny nos, ten sam łagodny kontur ust. Również włosy były identyczne: delikatne, łagodne fale sięgające poniżej ramion. Jedyna różnica - na portrecie Brytyjka nie miała różowych końcówek, gdyż Lena uznała, że to zbytnio przyciemniłoby postać.
- Tak, przy śniadaniu - potwierdziła Lena.
- To jest... To jest niesamowite - wydukała Mia z zachwytem.
- Dziękuję, ale wydaje mi się, że mogłabym to zrobić lepiej - stwierdziła brunetka.
- Nie mów tak. To jest idealne - zapewniła.
- Ale, gdybym rysowała lepszymi ołówkami w szkicowniku...
- Czekaj - przerwała Mia - W szkicowniku? Masz tego więcej?
- No tak. Mam szkicownik i w nim rysuję dosłownie wszystko.
- Mogłabym go zobaczyć? - spytała Mia.
- Pewnie - Lena uśmiechnęła się i podała Brytyjce gruby notes, który wcześniej leżał pod gazetą.
Blondynka dokładnie przyglądała się twórczości Polki. Wszystkie jej szkice były dopracowane z lekkością i wdziękiem. Delikatne zarysy zachwycały swoją prostotą, a grube kontury reprezentowały wyszukany styl malarski Leny.
Ambroziewicz miała rację, malowała dosłownie wszystko. Od istot magicznych, przez ludzi i ich zmodernizowany świat, po zwierzęta i przyrodę.
- Dziewczyno, masz talent - stwierdziła Mia pełna podziwu - Skąd bierzesz te wszystkie pomysły.
- Różnie - powiedziała Lena - Inspiracje czerpię głównie ze świata, który mnie otacza. Po prostu staram się przelać wszystkie myśli na papier.
- Inspiracje... - powtórzyła Mia szeptem.
- Co? - spytała Polka.
Blondynka z każdą chwilą była coraz bardziej pewna swojego pomysłu. To jest to, krążyło jej w myślach. To jest to!
- Ubieraj się - zwróciła się do Leny, chowając swój portret do szkicownika i zamykając go.
- Co? - rzuciła zaskoczona brunetka.
- No chodź, muszę cię komuś przedstawić.
- Mia, czy ty sobie jaja robisz? Ja nie znam nawet ciebie, a ty chcesz mnie jeszcze komuś przedstawiać? - mówiła Lena z niedowierzaniem.
- Nie bój się, sądzę, że wyjdzie ci to na dobre.
- Ale ja mam szukać mieszkania!
- Poszukasz potem, chodź - powiedziała Mia, znikając za drzwiami.
Lena pognała za blondynką, która już ubierała buty.
- No nie gap się tak i ubieraj się - Cambridge próbowała popędzić osiemnastolatkę.
- Mia, naprawdę nie powinnam z tobą nigdzie iść...
- Lena, posłuchaj mnie - Brytyjka położyła dłonie na ramionach Polki - Wiem, że się nie znamy i wiem też, że to głupio wygląda, ale uwierz mi, nic złego ci nie zrobię. Rano również bałam się, że okradniesz mi dom, a jednak nie zrobiłaś tego. Ufam ci, więc tak samo zaufaj mi. Jeśli ze mną pójdziesz, być może załatwimy ci pracę, nie chciałabyś tego?
Lena patrzyła na Mię ze zdziwieniem i zdezorientowaniem. Praca była jej potrzebna, ale skąd miała mieć pewność, że blondynka naprawdę chce dla niej dobrze. Pomogła jej z noclegiem, to fakt, ale teraz? Trudno... W życiu trzeba ryzykować, stwierdziła i zdjęła kurtkę z wieszaka.




Jest większa czcionka!
Mam nadzieję, że będzie się lepiej czytać ;)
Co do rozdziałów, prawdopodobnie wychodzić będą co tydzień, gdyż chodzę do szkoły (może czasami uda mi się częściej).
Mam nadzieję, że kolejna część wam się spodoba. Nie wiem, czy jest ciekawa czy nie - sami oceńcie!
Jeśli chcecie bliżej poznać Philipa, zapraszam do zakładki "bohaterowie".
Wasze blogi odwiedzę, gdy tylko będę miała czas :)
I pamiętajcie! 
Przeczytasz - skomentuj!




sobota, 28 lutego 2015

Rozdział 1: "Uschnięty Kaktus"

Lena nigdy nie miała lęku wysokości, dlatego pierwsza podróż samolotem nie sprawiła jej problemu. Dziewczyna przez cały lot rysowała w swoim szkicowniku. Zapełniła trzy strony puszystymi konturami chmur. Jej matka, osoba, po której Lena odziedziczyła talent do malowania, zawsze powtarzała: „Malując staraj się przelać wszystkie myśli na papier, tylko wtedy twoje prace będą prawdziwe.” Jak zwykle – mama miała rację. Lena szkicując chmury faktycznie bujała w obłokach. Tworzyła je z taką pasją, że staruszka siedząca obok prawdopodobnie uznała nastolatkę za obłąkaną, lecz dziewczyna niezbyt się tym przejęła
Po udanej podróży brunetka odebrała bagaż i skierowała się do wyjścia. Gdy opuściła lotnisko uważnie rozglądnęła się dookoła. Przed Leną rozciągała się droga, na której zatrzymywały się samochody osobowe i autokary, by odebrać pasażerów. Nic dziwnego, że panował tu straszny tłok. Ludzie przebiegali z jednej strony na drugą ciągnąć za sobą bagaże. Osiemnastolatka słyszała fragmenty rozmów, szuranie kół walizek, pomrukiwanie silników aut i klaksony pojazdów. Wzięła głęboki wdech, po czym ruszyła w stronę czarnego samochodu z napisem „Taxi”. Zbliżając się dostrzegła mężczyznę opartego o maskę auta. Starszy pan ubrany był w białą koszulę w kratę, jasnobeżową kurtkę i szare spodnie. Miał długą siwą brodę, a włosy przykrywała mu brązowa czapka. Mężczyzna zawzięcie czytał gazetę i nie przerwał tej czynności nawet, gdy musiał poprawić duże okulary spoczywające na jego nosie.
- Dzień dobry - powiedziała Lena.
- Dzień dobry. Dokąd panienkę zawieźć? - odrzekł mężczyzna z silnym brytyjskim akcentem. W tym samym momencie szybkim ruchem zamknął gazetę.
- London Eye - oznajmiła Lena zdecydowanym głosem. To pierwsza rzecz, którą chciała zrobić po przylocie do Londynu. Wejść do jednej z kapsuł i nasycić się widokiem miasta, które od teraz miała nazywać domem.
- W takim razie zapraszam do samochodu, a ja wezmę panienki bagaż.
Mężczyzna uśmiechnął się i otworzył drzwi do swojego pojazdu.

***

Lena, opierając się o szybę, zachwycała się urokiem miasta, gdy taksówkarz zatrzymał samochód.
- Niestety nie mogę podjechać dalej. Obszar obok London Eye to strefa, do której nie wpuszczają pojazdów. Ale to tuż za rogiem, kilka kroków. Jeśli panienka zechce mogę podprowadzić - mężczyzna mówił powoli ze względu na pochodzenie swojej pasażerki. Wiedział, że obcokrajowcom, którzy przybywają do Anglii po raz pierwszy, trudno jest nadążyć za wypowiedziami Brytyjczyków. 
Lenie podobało się zarówno podejście starszego pana jak i to, że mówił do niej „panienka”. Był pierwszą osobą, która użyła takiego określenia zwracając się do osiemnastolatki.
- Nie, dziękuję. Myślę, że sobie poradzę - Lena wypowiedziała te słowa najmilszym tonem na jaki było ją stać, w końcu była „panienką”.
- Jak sobie panienka życzy.
Mężczyzna uśmiechnął się i wyszedł z auta. Otworzył drzwi brunetce i wyciągnął jej walizkę.
- Proszę bardzo. Tak jak mówiłem to tylko kilka kroków. Prosto i w prawo za tym sklepem. Zresztą proszę spojrzeć - taksówkarz wskazał palcem obszar nad budynkiem z cegły - widać już kawałek London Eye. Na pewno się panienka nie zgubi.
- Dziękuję - powiedziała dziewczyna, uśmiechając się.
- Ja również i życzę miłego dnia. 
Mężczyzna w miłym geście ściągnął czapkę i skłonił głowę, po czym wsiadł do auta, a Lena odeszła we wskazanym przez niego kierunku.
London Eye, ogromny diabelski młyn spoczywający nad brzegiem Tamizy i od jakiegoś czasu jeden z celów życiowych Leny Ambroziewicz.
- Sen stał się jawą - pomyślała brunetka uśmiechając się sama do siebie. Ścisnęła rączkę walizki i pognała do kolejki przy kasie z biletami.

***

Przed Leną stała już tylko jedna osoba, gdy usłyszała:
- Następny proszę!
Dziewczyna podeszła do okienka.
- Dzień dobry. Poproszę jeden zwykły bilet.
- Dwadzieścia funtów - oznajmiła pulchna blondynka około trzydziestki.
Ambroziewicz zrobiła charakterystyczny ruch ręką, aby sięgnąć do torebki i... osłupiała. Na jej ramieniu nie było żadnej torebki! Lenę zalała fala gorąca. Niespokojnie rozglądnęła się dookoła, popatrzyła na walizkę, spojrzała na uliczkę, którą przyszła pod London Eye...
- Taksówka - wyszeptała.
- Proszę? - zapytała pulchna blondynka z dziwnym grymasem, który u niej wyrażał zaskoczenie. 
Lena wyrwana z zamyślenia, zdezorientowana, z rumieńcami na policzkach wypaliła szybkie „rezygnuje z biletu” i ciągnąc za sobą podskakującą walizkę pognała na parking, na którym ostatni raz widziała taksówkarza.
Po dotarciu na miejsce dokładnie rozejrzała się po okolicy. Przeszła obok wszystkich czarnych aut, lecz nigdzie nie dostrzegła napisu „Taxi” i miłego starszego pana. Uświadomiła sobie, że wszystkie jej najważniejsze rzeczy były w torebce, którą zostawiła w taksówce. Pomyślała o swoim telefonie, paszporcie, portfelu, kopercie, którą dostała od pani Marii i zbladła. Pełna rozczarowania i niepokoju usiadła na pobliskiej ławce.
- Co ja teraz zrobię? - pomyślała i zakryła twarz w dłoniach, po czym oparła ręce na kolanach.             Przez piętnaście minut próbowała wymyślić jakiś plan, strategię, cokolwiek czego mogła się podjąć, by odzyskać rzeczy lub w najgorszym wypadku przetrwać bez nich.
- Wiem -wyszeptała i odsłoniła twarz, gdy do głowy przyszła jej myśl „biuro rzeczy znalezionych”.

***

Zanim Lena dotarła do upragnionego budynku z napisem „Biuro rzeczy znalezionych” spędziła trzydzieści minut na pytaniu ludzi o drogę. Nie mogła uwierzyć, że aż siedemnaście osób (w tym dwaj policjanci) nie wiedziało gdzie w Londynie może być takie miejsce. Dopiero, gdy znalazła punkt informacyjny dowiedziała się gdzie ma się udać. Niestety wyprawa do biura rzeczy znalezionych nie przyniosła jej żadnych korzyści. Miła pani o farbowanych na rudo włosach oznajmiła jej, że żaden taksówkarz nie przyszedł i nie dzwonił do biura w sprawie czarnej torebki. Powiedziała jej również, że postara się skontaktować z odpowiednimi osobami i popytać o zgubę, lecz nie ma pewności czy torebka się odnajdzie, a jeśli już to do odbioru będzie dopiero jutro rano.
Lena w kiepskim humorze siedziała na walizce obok budynku, z którego wyszła kilkanaście minut temu. Wzrok wbiła w kolorowe, zygzakowate tenisówki, które kiedyś sama zrobiła. Powodem, dla którego wykonała je własnoręcznie był brak takich butów w sklepach, więc kupiła zwykłe białe tenisówki i po prostu je przemalowała. Wyszły jej całkiem ładnie, przynajmniej tak mówiła Zuza, a zdanie tej dziewczyny bardzo się dla niej liczyło. Lena pomyślała o widoku, który zobaczyła przed opuszczeniem Polski. Rozwalona na łóżku blondynka... 
W tej chwili coś spadło osiemnastolatce na głowę. Potem drugi, trzeci, szósty, dziesiąty. Lena z każdą kroplą robiła się coraz bardziej mokra. Wstała z walizki, porwała jej uchwyt i pobiegła w kierunku drzwi do biura rzeczy znalezionych. Pociągnęła za klamkę - zamknięte.
- Przerwa na lunch?! - powiedziała ze zdziwieniem, gdy dostrzegła kartkę przyczepioną do wejścia. Popatrzyła na zegarek, który nosiła na ręce, wskazywał 12.30.
- No tak, oczywiście. Brytyjczycy i ten ich lunch - pomyślała i zrezygnowana obróciła się, by poszukać innego schronienia. Po drugiej stronie ulicy znajdował się Starbucks. Lena po raz kolejny chwyciła walizkę i pognała przez deszcz do lokalu.
Gdy weszła do środka była przemoczona do suchej nitki, jednak niezbyt się wyróżniała. Co najmniej dziesięć osób wyglądało dokładnie tak jak ona: mokre, sklejone włosy, ubranie ociekające wodą i wyblakła twarz pokryta kroplami deszczu. Jedyne z czego Lena cieszyła się w tej chwili to wodoodporny tusz do rzęs, który kupiła przed wyjazdem i, który obecnie miała na sobie. Zajęła miejsce w rogu i zaczęła rozważać plusy i minusy swojej obecnej sytuacji.

***

Pierwszy raz w swoim życiu Lena tyle czasu spędziła w kawiarni. Siedziała tu już równo pięć i pół godziny. Podczas jej pobytu w Starbucksie dwa razy podeszła do niej dziewczyna z obsługi pytając czy chce coś zamówić i oczywiście, z powodu braku pieniędzy, Lena dwa razy odmówiła. Brunetka była zmartwiona, gdyż nie wymyśliła jeszcze nic racjonalnego. Jedynym wyjściem, które przyszło jej do głowy było udanie się do jakiegoś hotelu i poproszenie o pokój na noc lub dwie, niestety to też nie było takie proste. Gdyby została na jedną noc, rano przy wyjściu musiałaby zapłacić, gdyby natomiast została na dwie, musiałaby zapłacić zaliczkę przy meldowaniu się do hotelu, więc odrzuciła te pomysły tak szybko, jak na nie wpadła.
Gdy na zegarze pokazała się godzina 18.55 do stolika Leny po raz trzeci podeszła dziewczyna w zielonym fartuchu.
- Hej, przykro mi, ale musisz opuścić kawiarnię. Zamykamy - powiedziała. 
Lena spojrzała na średniego wzrostu blondynkę o farbowanych na różowo końcówkach. Kelnerka zobaczyła w oczach brunetki zmartwienie i smutek. Mimowolnie zrobiła krzywy uśmiech, który miał rozweselić Lenę, lecz Ambroziewicz pochyliła jedynie głowę i wbiła wzrok w blat stołu. Blondynka zwinnie usiadła naprzeciwko Polki i spytała:
- Co jest nie tak? Siedzisz tutaj od pory lunchu z walizką i albo gapisz się w okno, albo w zegarek. Dwa razy podeszłam do ciebie, a ty dwa razy powiedziałaś mi, że zamówisz coś później. Każdy głupi zobaczyłby, że coś cię trapi. Nie znamy się, to fakt, ale pozwól sobie pomóc, dobrze?
- Ja... Sama nie wiem... Chyba lepiej pójdę... - Lena chciała wstać, lecz blondynka z różowymi końcówkami chwyciła ją za rękę.
- Poczekaj, ja naprawdę chcę ci pomóc. Jestem Mia. Mia Cambridge - dziewczyna uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę - A ty?
- Lena Ambroziewicz - powiedziała brunetka jednocześnie ściskając niepewnie dłoń nowo poznanej osoby.
- Miło mi - Mia puściła rękę osiemnastolatki - Nie słyszę brytyjskiego akcentu. Jesteś Świeżakiem? - spytała blondynka, lecz gdy zobaczyła lekko zdezorientowaną minę Leny, dodała - Świeżakami nazywamy ludzi, którzy niedawno przyjechali do Anglii. Jeśli mieszkasz tutaj przez dłuższy czas, nabywasz akcentu, a u ciebie go nie słyszę.
- Przyleciałam dziś rano. Jestem Polką - Lena odgarnęła kosmyk ciemnobrązowych włosów za ucho - Zamierzam zostać tu na stałe, lecz pewien incydent lekko pokrzyżował mi plany.
- Co się stało? - zapytała Mia z zaciekawieniem.
Brunetka westchnęła:
- Na lotnisku wzięłam taksówkę i poprosiłam o kurs pod London Eye. Gdy jechałam w samochodzie, walizka była w bagażniku, a na siedzeniu obok leżała moja czarna torebka, w której były w wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. Wiesz... Telefon, portfel i tak dalej. No więc, gdy byliśmy na miejscu, miły, starszy pan kierowca trochę mnie zagadał, potem otwarł mi drzwi i przez to wszystko zapomniałam zabrać torebki z auta. Zorientowałam się dopiero przy kasie z biletami na London Eye. -Lena oblała się rumieńcem na myśl o chwili, w której próbowała kupić bilet- Szukałam taksówki na parkingu i byłam w biurze rzeczy znalezionych, lecz nic ciekawego mi nie powiedzieli.
- I teraz masz problem - skwitowała Mia.
- Dokładnie.
- I dlatego siedzisz tu tyle czasu i nic nie kupujesz.
- Właśnie dlatego. 
- I temu też wyglądasz jak uschnięty kaktus bez chęci do życia.
- Jest aż tak źle? - spytała Lena z rezygnacją w głosie.
Mia odpowiedziała jej miną, którą osiemnastolatka zdecydowanie odebrała jako „tak”, co jeszcze bardziej ją przygnębiło.
- Słuchaj. Torebka na pewno się odnajdzie, zobaczysz... - Mia położyła dłoń na ręce Leny - Siedziałaś tu tyle godzin, jestem pewna, że burczy ci w brzuchu. Zaraz znajdziemy ci coś do jedzenia - blondynka uśmiechnęła się - A jeśli chodzi o nocleg, bez problemu możesz przenocować u mnie. Moja siostra niedawno się wyprowadziła i mieszkam teraz sama. Będziesz mogła zostać ile chcesz - Mia pogłębiła uśmiech tak, że pokazała swoje białe, równe zęby.
- To naprawdę miło z twojej strony, ale ledwo mnie znasz. Nie powinnam...
- Nawet nie chcę słyszeć odmowy, Uschnięty Kaktusie. -Mia zaśmiała się - Nocujesz u mnie i już - powiedziała to tak stanowczym głosem, że Lena nawet nie próbowała kolejny raz odmówić - A teraz chodź, wybierzesz sobie coś na koszt firmy - Mia wstała i wyciągnęła rękę do Leny.                             Dziewczyna uścisnęła dłoń nowej znajomej, wstała i razem z nią ruszyła do półek pełnych pyszności.

***

Mieszkanie Mii znajdowało się na poddaszu ładnej kamienicy koloru bordowego. Budynek miał parter, trzy piętra i poddasze. Okolica od razu kojarzyła się 
Polce z Londynem, była bardzo malownicza.
Po wejściu Lenę przywitał przyjemny widok przestronnego, przytulnego mieszkania. Ściany przeważnie utrzymane były w kolorze białym, dlatego dom wydawał się zadbany i schludny. Przedpokój urządzony był minimalistycznie. Obok znajdowała się dobrze urządzona łazienka. Na końcu małego korytarza wchodziło się do dużego, przestronnego pomieszczenia. Było ono połączeniem salonu, kuchni i jadalni, dzięki takiemu rozwiązaniu wszystko wyglądało bardzo przejrzyście. Mnóstwo kwiatów, kolorowych poduszek i innych dodatków, które razem wyglądały po prostu wspaniale. Z salonu wychodziło wejście na uroczy taras, na którym znajdowało się mnóstwo roślin, dwa krzesła, stolik i ławka z poduszkami. Na końcu mieszkania miejsce miały dwie sypialnie. Jedna Mii, utrzymana w bieli, z kolorowymi dodatkami w postaci poduszek na sofie i łóżku, świeczek, lampki i fotografii nad biurkiem. Druga jej siostry, która niedawno opuściła to mieszkanie, równie ładna jak sypialnia Mii.
- Podoba się? - spytała uśmiechnięta blondynka z różowymi końcówkami.
- Bardzo. Naprawdę, ślicznie tu - powiedziała Lena spoglądając na swoją dzisiejszą sypialnię. Miły, jasny pokój, z dużym łóżkiem, białą komodą i przestronnym siedziskiem pod oknem pokrytym poduszkami.
- Pewnie będziesz chciała się umyć. W łazience zostawię ci ręcznik i piżamę.
- Mam swoją piżamę. Była w walizce, którą na szczęście wzięłam z taksówki - zaśmiała się Lena.
Dziewczyna była pełna podekscytowania i wdzięczności. Dopiero teraz dochodziło do niej, że poradziła sobie w tak trudnej sytuacji, a tak właściwie... To ktoś jej pomógł.
- W takim razie sam ręcznik, rozumiem - zachichotała Mia i wyszła z pokoju. Zamknęła drzwi, aby dać gościowi trochę prywatności.
- Uschnięty Kaktus w końcu się uśmiechnął... - pomyślała i radośnie pomaszerowała do łazienki.





Witajcie, ponownie :)
Na początku informacja. Czcionka musi zostać taka, bo do jasnej cholery nie wiem jak ją naprawić. Coś się lekko mówiąc chrzani w moim szablonie, ale do rzeczy...
Zobaczyłam, że ktoś przeczytał mój prolog, więc postanowiłam dodać pierwszy rozdział. Teraz choć troszkę łatwiej będzie wam ocenić moje wypociny.
W rozdziale pewnie szału nie ma, ale tak zawsze jest na początku. Niestety moja opowieść musi się dopiero rozkręcić :D
Zależy mi na waszej opinii, więc jeśli przeczytasz - skomentuj. Przyjmę wszelką krytykę i postaram się dostosować.
Ponownie zachęcam do odwiedzenia zakładek "bohaterowie" i "fabuła+zwiastun". Tam zapoznacie się z bohaterami i zarysem mojej historii.
Jeśli chcecie zostawić mi link do swojego bloga, zróbcie do w "spamie".
Trzymajcie się!

piątek, 27 lutego 2015

Prolog: "Do widzenia"

Czerwcowe promienie słońca, które wpadały do pokoju przez szparę między dwiema fioletowymi zasłonami, zapowiadały nowy dzień w Krakowie. Zegar wiszący na ścianie wskazywał godzinę 6.00. Lena po raz kolejny rozglądnęła się po pomieszczeniu. Gdy upewniła się, że nie zostało już nic do spakowania, zamknęła swoją walizkę i postawiła ją obok drzwi. Z plastikowego wieszaka ściągnęła jeansową kurtkę, założyła ją, po czym rękami uwolniła przygniecione, brązowe kosmyki. Po cichu podeszła do łóżka swojej współlokatorki. Zuza spała na skraju łóżka, na brzuchu. Jedna ręka leżała tuż obok jej głowy, a druga zwisała bezwładnie nad ziemią. Siedemnastolatka strasznie wierciła się w nocy i nigdy nie umiała znaleźć sobie wygodnej pozycji, dlatego nieraz miewała pobudki na podłodze. Lena uśmiechnęła się i odgarnęła blond włosy, które zasłaniały twarz Zuzy. Pochyliła się, potem delikatnie pocałowała ją w czoło.
- Do widzenia siostrzyczko – wyszeptała.
Zawiesiła na ramię czarną torebkę i wysunęła rączkę walizki. Ostatni raz spojrzała na pokój o szarych ścianach, a następnie wyszła zamykając drzwi.
Na korytarzu było jasno, dzięki dużym oknom, które wpuszczały światło słoneczne do środka. Lena, zeszła na dół po schodach, by znaleźć się w dużym, beżowym pomieszczeniu. Był w nim wielki stół z drewnianymi krzesłami. Dwa miejsca zajmowały kobiety w średnim wieku. Piły kawę i rozmawiały, lecz gdy zobaczyły osiemnastolatkę, ich konwersacja ucichła.
- Dzień dobry Leno – powiedziały po chwili.
- Dzień dobry.
- Już jesteś gotowa? - spytała pani Maria. - Nie zdążyłyśmy przygotować ci śniadania.
- Nic się nie stało. I tak nie jestem głodna.
- Na pewno? Może chociaż napijesz się herbaty? - pani Maria nie dawała za wygraną.
- Nie dziękuję. - odpowiedziała – Mogę dostać moją kopertę?
Kobiety popatrzyły na siebie ze smutkiem. Pani Maria podeszła do drewnianej komody i z najwyższej szuflady wyjęła średniej wielkości kopertę. Zbliżyła się do Leny i wręczając dziewczynie wypchany papier powiedziała:
- Leno, wiesz, że nie musisz wyjeżdżać.
- Wiem, ale chcę.
- Rozumiem. Jednak spójrz na to z innej strony. Co z Zuzią? Myślałaś o niej? Ona cię potrzebuje...
- Zuza jest już prawie dorosła. Jestem pewna, że poradzi sobie beze mnie. - zawiesiła się, straszna jest myśl o zostawieniu osoby, którą się kocha.
- A jeśli nie? Zuzia nie umie wytrzymać bez ciebie dnia, a co dopiero całych miesięcy, czy nawet lat. - pani Maria kontynuowała.
- Rozmawiałam z nią o tym mnóstwo razy. Obiecała mi, że wszystko będzie dobrze. Może faktycznie na początku będzie jej trudno, ale z czasem się przyzwyczai. W każdym razie za rok Zuza będzie miała wybór, tak jak ja. Jeśli będzie chciała, to po prostu do mnie przyjedzie. - brunetka próbowała uspokoić zarówno panią Marię jak i panią Zofię.
- Tylko, że to bardzo poważna decyzja Lenko. - w głosie kobiety znalazło się coś czego wcześniej nie było, desperacja... - Nie mogła byś rozważyć bliższego miejsca? Może nawet Krakowa?
- Wiem, że jest to trudne dla pań jak i dla Zuzy. Ale wiedzą panie jaki jest prawdziwy powód mojego wyjazdu. Podjęłam już decyzję i nie zmienię jej.
- Mario, wystarczy już. Nie wpłyniemy na jej zamiary. Jest dorosła. Ma prawo decydować o swoim życiu. - pani Zofia położyła dłoń na ramieniu swojej koleżanki.
Pani Maria wyglądała jakby opuściła ją wszelka nadzieja. Twarz kobiety miała smutny wyraz, a w jej przypadku było to bardzo rzadkie. Zawsze była osobą promienną, przepełnioną radością i troskliwością. Pomagała w każdej sytuacji, udzielała rad, pocieszała. Gdy Lena pomyślała, że prawdopodobnie więcej jej nie zobaczy, zabolało ją serce.
Nieciekawą atmosferę w pokoju przerwał dźwięk klaksonu. Pani Zofia podeszła do okna.
- Taksówka – zawiadomiła.
- Muszę już iść. - Lena włożyła kopertę do torebki. - W telewizji mówili o dużym ruchu w Krakowie.
- Na pewno spakowałaś wszystko? - spytała pani Zofia.
- Na sto procent. - uśmiechnęła się Lena.
- A więc szerokiej drogi, kochana. Pisz do nas czasem. - pani Zofia z szerokim uśmiechem przytuliła dziewczynę. - Żebyś tylko o nas nie zapomniała.
- Nie zapomnę.
Lena popatrzyła na panią Marię, której smutne usta zmieniły się w szczery uśmiech. Kobieta podeszła do brunetki i mocno ją przytuliła, po czym osiemnastolatka chwyciła walizkę i przeszła korytarzem do drzwi wyjściowych. Obie kobiety podążyły za nią. Zanim dziewczyna opuściła dom usłyszała życzliwy głos pani Marii:
- Niech cię dziecko Bóg błogosławi!






Na początku chciałam przeprosić za tak małą i niewygodną czcionkę, lecz podczas prób powiększenia liter coś się psuje i nie mogę ich zmienić. Postaram się, by przy następnym rozdziale czcionka była większa :)
Stworzenie tego bloga było dla mnie wyzwaniem. Miałam już wcześniej kilka stron, które zakończyły się niepowodzeniem. Mam nadzieję, że tym razem pójdzie mi lepiej i z zawzięciem będę kontynuowała historię. Ale (zawsze musi być jakieś ale) nie obejdzie się bez waszej pomocy! Dlatego, jeśli przeczytacie prolog - zostawcie komentarz. Wiem, że trudno jest ocenić tak krótki fragment tekstu, lecz wasza opinia dużo dla mnie znaczy. Wystarczy mi tylko jeden do wstawienia
kolejnego rozdziału. Oczywiście będę wdzięczna za każde udostępnienie bloga :)
Zachęcam również do odwiedzenia zakładek "bohaterowie" i "fabuła+zwiastun". Przybliżą wam one sylwetki bohaterów :)
Swoje linki do opowiadań, blogi itd. możecie zostawić w zakładce "spam" - nie zaśmiecajmy komentarzy :)
Do następnego!